Święta Gianna Beretta Molla
(1922–1962)




Wspaniały lekarz pediatra, szczęśliwa żona, kochająca mama czwórki dzieci. Lubiła górskie wycieczki, jazdę na nartach i muzykę. Gdy lekarz opiekujący się nią w czasie czwartej ciąży oznajmił, że potrzebna jest operacja, zagrażająca jednak życiu jej dziecka, zażądała stanowczo, aby ratował dziecko. Joanna wiedziała, że za życie córeczki będzie musiała zapłacić własnym. Zmarła tydzień po porodzie.
– Chciałabym uczynić Cię szczęśliwym i być taką jakiej pragniesz: dobrą, wyrozumiałą i gotową ponieść ofiary, których życie od nas zażąda – pisze do swego przyszłego męża Piotra. Marzy o szczęśliwej rodzinie, w której Pan Bóg byłby na pierwszym miejscu. We wrześniu 1955 młoda para staje przed ołtarzem. Związek błogosławi brat Gianny, Józef. – Bądźcie świętymi – mówi, ściskając ich ręce.
Gianna i Piotr mają już trójkę dzieci i czekają na czwarte. Wieczorem jak zwykle klękają do modlitwy. Rano Piotr, który jest inżynierem, idzie do pracy w fabryce, a ona spieszy do swych pacjentów. Niestety nie czuje się dobrze. Badania wykazują, że tuż obok dziecka rozwija się guz. Trzeba go usunąć, a to nie jest bezpieczne ani dla matki, ani dla dziecka. Joanna wybiera rozwiązanie najbardziej bezpieczne dla dziecka.
Do porodu zostało zaledwie parę dni. Gianna jak zwykle krząta się po domu, przytula dzieci, klęka do modlitwy. – Idę do szpitala, ale nie wiem czy wrócę – zwierza się przyjaciółce. – Chcę, aby żyło moje dziecko. Córeczka, po mamie dano jej imię Gianna, rodzi się cała i zdrowa. Dla jej mamy to ostatnia radość na tej ziemi.
Dziś jej córka tak, jak matka, ratuje ludzkie życie.

Ewa Stadtmüller
Rys. Ł. Zabdyr


 Błogosławiony Pier Giorgio Frassati
*czytaj: Dżiordżio Frasati
(1901–1925)



Żył zaledwie 24 lata, ale to wystarczyło, aby zaistniał w świadomości tysięcy ludzi jako człowiek, który naprawdę umiał kochać Pana Boga i bliźniego. Żył pełnią życia – studiował, wspinał się po górach, jeździł na nartach, słuchał muzyki i śpiewu, pomagał najuboższym.
– Rozumiem w niedzielę, ale codziennie – dziwi się pani Adelajda, matka Giorgia. – Czy ty synku nie przesadzasz z tym kościołem?
Z początku koledzy z uczelni nabijają się ze „świętoszka”, ale wkrótce ich kpiny zamieniają się w szacunek. Niewybredne żarty czy przekleństwa cichną, gdy się pojawia, chociaż nie zadziera nosa, ani nie prawi kazań. Jest wesoły, serdeczny, pomaga każdemu, kto go o to prosi.
Kiedy rodzice wypominają mu, że marnuje czas, Pier Giorgio milczy, nie broni się. Nie opowiada, że całe przedpołudnie spędził wśród biedaków. Nie chwali się, że nauczył się robić zastrzyki i sam może aplikować lekarstwa chorym. Nie wspomina, że zamienia bilet pierwszej klasy na trzeciej, by zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na opał dla biednych albo że swój płaszcz podarował potrzebującemu.
Dziecięca choroba polio, którą zaraził się od ubogich rozwija się błyskawicznie. Pier Gioggio odchodzi do Tego, którego ukochał całym swym życiem. Na pogrzeb przychodzą zapłakani koledzy ze studiów, liczni przyjaciele i tysiące biedaków, dla których był prawdziwym dobroczyńcą i bratem. Zszokowani rodzice Giorgia uświadamiają sobie, że tak naprawdę nie znali własnego dziecka.

Ewa Stadtmüller
Rys. J. Socha